Mandalnowela travissańska, czyli Imperial Commando: 501st

Myślałem, że kupuję książkę o komandosach. Tymczasem świat się zmienił i 501st „koncentruje się na postaciach”, co znaczy, że w książce akcji bojowych jest w sumie dwie (no, może dwie i pół), a poziom rozbudowania każdej z nich jest minimalny. Większość objętości pierwszych Komandosów Imperium zajmują tradycyjne już rozważania o uroku mandaloriańskiego stylu życia, tożsamości i przynależności (głębię rozważań uzyskuje się przez kilkukrotne ich powtarzanie) i momentami zaczynałem się bać, że pod koniec sam Palpatine dowie się o wesołej gromadce Skiraty, zatęskni za braterstwem broni i przyłączy się do naszych bohaterów. A dziadek-najemnik zacznie nazywać go Palp’ika.

Poza tym Darman ma rozterki, następuje dalsze kojarzenie się par, a spod kamieni i zza krzaków wyłażą kolejne postacie i frakcje w rodzaju doklejonej na siłę mandaloriańskiej Straży Śmierci. Jakby dla równowagi nie występuje natomiast tytułowy 501 Legion, bo komandosi mają z nim wspólną jedynie nazwę.

Fabuła jest dość przewidywalna i jak zwykle farma i hodowla królików w Montanie to dla bohatera wyrok śmierci. Na dodatek nie pojawiają się na dłużej żadne fajne statki kosmiczne…

Rozczarowany-m.