StarForce 2010

O tym, że w zeszły weekend odbyła się w Bydgoszczy olbrzymia impreza spod znaku Gwiezdnych wojen nie trzeba chyba nikomu pisać… Dlatego bez szczególnych wstępów przejdę do relacji z tego wydarzenia.

Bezkrwawe łowy

Prolog: Ruch wahadłowy

Myśliwiec krótkiego zasięgu wiozący rodzinę admiralską ze Sluis Van na StarForce 2010 wyruszył z pewnym opóźnieniem ze względu na nagłe i zaskakujące pojawienie się w piątkowy poranek Pana od Pralki. Po zakończeniu przez niego prac remontowych wiedzieliśmy już, że nie zdążymy do Bydgoszczy na start tramwaju zwanego Słonecznikiem, wybraliśmy więc bardziej relaksacyjny wariant podróży obejmujący m.in. zwiedzanie tamy na zalewie we Włocławku oraz postoje w lesie czy kantynie. Po dorzuceniu do tego intensywnych prac remontowych na trasie nadprzestrzennej między Włocławkiem a Toruniem, które wymusiły kilka dziesięciominutowych postojów na orbicie, cel osiągnęliśmy w końcu około godziny 18.

Po rozlokowaniu się w kwaterze (wybranej po burżujsku ze względu na bliskość centrum miasta) ruszyliśmy zwiedzić Bydgoszcz, znaną nam do tej pory jedynie z dość obleśnego dworca PKP wraz z kultowym w pewnych kręgach napisem-neonem Bydgoszcz wita. Był to zdecydowanie dobry pomysł, a stare miasto i Wyspa Młyńska wraz z „małą Wenecją” skutecznie zatarły mało przyjemne wrażenia z poprzedniego pobytu.

Wyspa Młyńska, Biały Spichrz

Przyjrzeliśmy się linoskoczkowi, operze (nie będąc świadomi, że wewnątrz odbywają się właśnie ostatnie przygotowania do imprezy, a Bizon właśnie szuka po okolicy serwisu do swojego frachtowca, który przez kilkadziesiąt (kilkaset?) ostatnich kilometrów ciągnął po ziemi osłonę silnika), wyspie i jej kaskadom, zrobiliśmy rekonesans w kierunku LaserFight i pobliskiej szkoły, wpadając przy okazji w sidła miejscowego młodocianego rebelianta i skutecznie się z nich wyplątując. Dobrze, że nie trafiło na motocyklistę lub imperialnego zwiadowcę na skuterze repulsorowym…

Epizod I: LaserFight

Po zwiedzaniu spędziliśmy trochę czasu w pobliskiej herbaciarni po czym przyszła kolej na LaserFight – grę pokrewną paintballowi czy ASG, z tą różnicą, że tu strzela się do siebie z broni laserowej. Nie z porządnych blasterów jednak, a z markerów, którymi trzeba trafić w określone punkty na kamizelce lub broni przeciwnika, co powoduje jego „wyłączenie”. Tu zaserwowano nam tryb najprostszy, w którym dwie drużyny strzelają do siebie bez przerwy przez kilkanaście minut, a trafiony „gaśnie” na pięć sekund, podczas których nie może strzelać. Realizmu w tym wiele nie ma, „nieśmiertelni” mogą pokrzyżować szyki nawet wytrawnym taktykom, ale zabawa była przednia.

Przywitaliśmy się więc ze znajomymi fanami z różnych krańców świata, dołączyłem do zbierającej się naprędce drużyny i już po… pół godzinie oczekiwania waleczny zespół Ewoków (w tym niżej podpisany oraz znajome elementy z BotS) stanął w szranki z równie walecznymi Banthami. Walka była intensywna, wszyscy stawali dzielnie, ale Ewoki wygrały bezapelacyjnie. Wszak i szturmowiec nie pomoże, gdy Ewoków całe morze – jak mawiali starożytni Rosjanie.

Po rozgrywce (w której siły specjalne Sluis Van znalazły się na pierwszym miejscu listy strzelców), a w  zasadzie także przed nią i w jej trakcie,  odbywała się integracja przy stołach biesiadnych. To tu po raz pierwszy spotkaliśmy wszędobylskiego imperialno-sithijskiego agenta J-23 i równocześnie weterana listy SWPL z ukrytym czerwonym mieczem świetlnym – personaliów ze zrozumiałych powodów nie podaję. FaultFett pochwaliła się swoim nowym Slave’em (statkiem kosmicznym, nie osobą) i w ogóle pojawiło się mnóstwo znajomych z reala i sieci, grill płonął, a Rajourney sprawdzał wszystkich z listą i rozdawał gustowne opaski „All Inclusive”. W końcu udaliśmy się z Panią Admirałową okrężną trasą na nocleg, wyczekując już dnia następnego. Podobno przegapiliśmy w ten sposób LaserFightowe karaoke, nad czym bardzo ubolewam…

Epizod II: Jest paradnie

Darth Prowse

Około 11 rano spod chaosu przed Opera Nova zaczęła wyłaniać się kolumna parady. Przodem ruszyła orkiestra dęta, przygrywając marsza – oczywiście Imperialnego. Dalej Darth Vader udający Sizara (czy na odwrót?) w asyście Gwardii Imperialnej i szturmowców (Panowie, będą zdjęcia, pamiętajcie o uśmiechach!) prowadzących pojmanego Hana Solo zamorskiej proweniencji. Dalej znowu Vader, potem kolejne oddziały Imperium, Rebelii oraz niezależnych, każdy pod własnym sztandarem.

Przemarsz szybko zrobił się dość chaotyczny: w kolumnę wtargnęli przebierańcy niezrzeszeni, cywile, dzieci, młodzież, krewni i znajomi Królika, fotoreporterzy i kto tylko jeszcze mógł. Było tłoczno, radośnie i mało co widać. Parada zrobiła rundę po starym mieście, docierając przez rynek na Wyspę Młyńską, gdzie poprzedniego wieczora przygotowano już scenę, trybuny i barierki. I całe szczęście, bo zebrany tłum w przeciwnym razie wszystkich by zadeptał. Ktoś wspominał o 20 tysiącach głów, w co raczej nie wierzę, ale tłum był naprawdę spory…

Sandtrooper w tłumie Opera Nova Pod sztandarem Imperium A to kto? Vader w obiektywie Młode pokolenie Hello, Vader!

My przyczailiśmy się obok bocznego wejścia na scenę, co pozwoliło nam przechwycić na chwilę Staszka „Szybki jest” Mąderka medytującego właśnie nad rezygnacją z prelekcji o Avatarze na rzecz czegoś „bardziej na miejscu”, a następnie wypatrzeć nadchodzącego w asyście Miagiego i walizki w kwiatki samego Dave’a Prowse’a w gustownym krawacie z Królikiem Bugsem. Czekało tu już na niego jego mroczne alter ego…

Darth Prowse

Staszek Szybki Jest i Sizar Dave Prowse - Darth Vader + Królik Bugs

Mr Prowse przywitał po angielsku wszystkich zgromadzonych, życzył miłej imprezy itp. Wkrótce już czekały na niego inne zadania – wystawny obiad z najważniejszymi figurami miasta i województwa (od których dostał płyty z muzyką Chopina i Paderewskiego) oraz… rozdawanie (a raczej sprzedawanie) autografów.

My tymczasem, siedząc nad brzegiem wodnej kaskady, przysłuchiwaliśmy się prezentacji strojów legionowych, która spotkała się z dużym zainteresowaniem Pani Admirałowej oraz widowni, której znaczącą część stanowili rodzice z dziećmi – najpewniej plon wyświetlanych w TV Wojen klonów. Prezentowały się nie tylko polskie oddziały, ale i przybysze zza granicy: Leia w metalowym bikini, Han Solo, pilot myśliwski… Zobaczyliśmy też pierwszego w Polsce Ewoka, który legitymuje się słusznym wzrostem i zestawiony z najniższym spośród imperialnych zwiadowców wydawał się posiadać solidną przewagę wysokości. Odbył się również minikonkurs dla widowni: miała ona spośród przedstawionych Scout Trooperów wskazać tego, w którego pancerzu ukrywa się kobieta. Po wytypowaniu ofiary i zdjęciu jej hełmu wszystkim ukazała się… najpierw broda, a potem cała facjata samego CO Falcona Kielo. A więc pudło.

Show trwał blisko godzinę, a w międzyczasie machaliśmy ręką z naszej ławeczki do kolejnych fanów (pozdr. Bolek, Mini i jeszcze ktoś, czyjego imienia niestety nie pomnę, shame on me) i przyglądaliśmy się spacerującym po promenadzie niezrzeszonym dżentelistotom różnych ras i profesji.

Piętrowa widownia Młody C3PO, klon, Anakin? A panowie z jakiej bajki? Droid Bojowy

Epizod III: Upiór w Operze

Hm...

W końcu uznaliśmy, że pora udać się do Opera Nova, gdzie przygotowano wystawy, sklepiki, prelekcje, konkursy, gry i zabawy dla najmłodszych… I poważne utrudnienia na wejściu. W ciągu pierwszej godziny walące do wnętrza tłumy sprawiły bowiem, że pojemność centrum kongresowego całkowicie się wyczerpała i rozpoczęto limitowanie wejść – jeden wchodzący za jednego wychodzącego. Dzięki temu przed operą ustawiła się gigantyczna, wijąca się kolejka na dwie godziny stania w przygrzewającym intensywnie słońcu.

Z początku ustawiliśmy się karnie na końcu ogonka, gdzie po kwadransie dołączyli do nas znajomi – Yako, DantE oraz Śmierć. Dwaj pierwsi dopiero co przybyli z Warszawy na pokładzie Czarnej Perły, a ta ostatnia jeszcze nie opuściła oczu Dantego od czasu porannej szarży Yako we mgle wąskimi drogami Mazowsza. Pogawędziliśmy, spotkaliśmy kolejnych znajomych przemieszczających się w te i z powrotem wzdłuż kolejki – ot, jak za starych, niekoniecznie dobrych czasów kiedy to z kartkami w garści czekało się w kilometrowym ogonku po paliwo do gwiazdolotu, a życie towarzyskie kwitło. Próbowaliśmy również wywołać przez komunikator Sky’a, ale ten milczał.

Kolejka

W końcu Pani Admirałowa postanowiła zastosować alternatywny, sobie tylko dostępny sposób na dostanie się do środka, co z kolei po paru chwilach pozwoliło znaleźć się tam także i mnie. Wewnątrz była na szczęście klimatyzacja, ale tłumy – nie mniejsze. Miliony gości oglądały stragany ze stuffem, koszulkami, grami itp., miliardy przetaczały się pojedynczymi schodami w te i z powrotem.

Udaliśmy się więc na prelekcje. Dzięki utrudnieniom zewnętrznym dawno minął już jeden z bardziej wyczekiwanych przeze mnie punktów programu – spotkanie z braćmi Kulesza, za to zupełnie tylko nieznacznie spóźniliśmy się na Spotkanie z Tłumaczami. Spotkanie zresztą w gronie dość familijnym, bo 50% gości oficjalnych stanowiła FaultFett, prelekcję prowadził Ante Gregu, zaś na widowni zasiadła całkiem spora delegacja Bastionu, w tym Sidious nadający za pomocą laptopa transmisję na żywo (wbrew moim oczekiwaniom nie miał na głowie kapelusza a’la Blues Brothers!).

Transmisja on-line

Panel był ciekawy, a ja mimo obracania się w kręgach około-tłumaczeniowych dowiedziałem się paru nowych rzeczy o Amberowych zwyczajach. Okazało się, że warsztaty pracy tłumacza Błażeja i tłumaczki FF dość się od siebie różnią – ta ostatnia korzysta z oprogramowania klasy CAT, ten pierwszy zaś praktykuje, podobnie jak p. Szymański, rzemiosło klasyczne. Również tempo tłumaczeń i osobiste rekordy były nieco różne, wspólna natomiast okazała się dynamika pracy: z początku ambitne zamierzenia co do regularności tłumaczenia, a potem im bliżej ostatecznego terminu, tym łatwiej się zmobilizować i tym większy przerób dzienny. Też jakbym skądś to znał, miło nie być jedynym.

Na zakończenie panelu tłumacze mieli się wykazać sztuką translacji na żywo i z głośników puszczono klasyczną pieśń Ewoków z zakończenia Powrotu Jedi (tak zresztą obstawialiśmy poprzedniego wieczora, dowiedziawszy się, że będzie niespodzianka – że albo Ewoki, albo Vode An). Powiało grozą, ale Ante ostatecznie pozwolił nieszczęśnikom wykpić się bez improwizowania tekstu do Niab Niab czy też przytaczania jego oficjalnego tłumaczenia z sanskrytu.

Czlowiek z Marsa, który miał prowadzić następną prelekcję, nieszczęśliwie nie dotarł, dlatego wybraliśmy się dwa piętra niżej, na wystawę fantów starwarsowych przygotowaną viribus unitis Bizona, Guzesa i braci Kuleszów (miały być też naszywki i figurki, ale albo nie dotarły, albo w tłumie mi zupełnie umknęły). Przebić się było trudno i nawet cieszyliśmy się już w tym momencie z tego, że straże przy wejściu do budynku skutecznie spowalniają napływ nowych zwiedzających.

Już w przedsionku sali wystawowej powitał nas nadnaturalnej wielkości Lord Vader z klocków LEGO, a kilka kroków dalej – Vader i Yoda kunsztownie skręceni z kolorowych balonów. Dalej: makieta Tatooine oraz duże i z zamiłowaniem dopracowane modele Adama i Marka Kuleszów: Gwiezdny Niszczyciel typu Imperial, imponujący rozmiarami i szczegółowością detali YT-1300 Sokół Millennium, TIE Interceptor, TIE/ln oraz… Yoda w skali 1:1.

Model Gwiezdnego Niszczyciela

ISD, Falcon... X-wing

Za modelami ukrywała się wystawa ogólnie pojętego „stuffu”, głównie z kolekcji Bizona i Guzesa. Eksponaty leżały częściowo w gablotach, a częściowo bezpośrednio na stołach czy półkach, narażone na działanie „warunków atmosferycznych” – większość po prostu nie zmieściła się pod dostarczone przez organizatorów osłony. W tej sytuacji jeszcze bardziej wzrósł mój podziw dla wystawców – nie dość, że wieźli eksponaty przez pół Polski, to jeszcze spędzali większość czasu doglądając ich i patrząc, czy nie dzieje im się nic złego, co przy gigantycznym ścisku nie było zbyt łatwe. Sam nie wiem, czy swoją, dużo mniej imponującą kolekcję odważyłbym się wystawiać w taki sposób. Jak się szczęśliwie okazało na koniec całej imprezy, nic ponoć nie zginęło ani nie odniosło uszkodzeń.

NLoriel und Bizon

Na wystawie obejrzeliśmy z uwagą figurki i modele, zamieniliśmy kilka zdań z Bizonem i obejrzeliśmy „stufuntowy” album z produkcji SW (w którym SSD jak za starych dobrych czasów ma długość pięciu ISD), zastanawiając się, czy któryś z czuwających w pobliżu organizatorów nie popędzi nas za dotykanie eksponatów. Nie popędził. W tym momencie odezwał się mój komunikator – oto Yako i DantE donosili, że właśnie udało im się wejść do budynku(!).

Wybrałem się więc na spotkanie kapituły biblioteki Ossus. Szybkim i zdecydowanym działaniem przejeliśmy kontrolę nad jedną z sal prelekcyjnych i podjęlismy kilka ważkich decyzji, a w tym czasie Pani Admirałowa śledziła prelekcję Staszka Mąderka. Jak wynika z relacji, mówił z grubsza to samo, co zawsze, ale było też jak zwykle ciekawie i śmiesznie. Ja załapałem się już tylko na demonstrację Szklanej Kuli.

Epizod IV: Drogi Lordzie…

Po tym wszystkim postanowiliśmy wzorem moffa Tarkina podjąć poważne ryzyko i… opuścić budynek. Głód zrobił już bowiem swoje, a pizzeria Giacomo na ulicy Długiej kusiła dziesięcioprocentową zniżką przy okazaniu ulotki StarForce. Pizza okazała się w miare przyzwoita i bardzo cost-effective (lokal zapewne wkrótce pojawi się na naszej wszechświatowej mapie pizzerii), a powrót do Opery wymagał wykonania zaledwie jednego prostego mind tricka (starsza gwardia spod znaku SWPL pamięta zapewne, że swego czasu w podobny sposób dostaliśmy stolik w oblężonej warszawskiej Pizza Hut). Dzięki temu zdążyliśmy wpisać się do księg pamiątkowej konwentu oraz dopaść siedzących przy stoliku Miagiego z Prowsem, którzy rozdawali autografy.

Z autografami aktorów ze Star Wars w ogóle jest śmiesznie. Dla osób spoza środowiska zawsze dużym zaskoczeniem jest fakt, że autograf taki trzeba słono opłacić, a z kolei stałych gości tego typu konwentów przestało to już chyba w ogóle dziwić. Tym razem też było sporo zdziwień i niedowierzania: jednych zaskoczył sam fakt sprzedaży podpisów, innych zaś – ich cena. Darth Vader życzył sobie bowiem okrągłe sto złotych polskich za każdą sygnaturę. Dla wielu okazało się to ceną zaporową, chętnych jednak nie brakowało i w zasadzie cały czas ktoś podchodził i brał podpis – czy to na fotosie, czy też na własnym fancie w rodzaju książki lub… modelu Gwiezdnego Niszczyciela. Pieniądze wkrótce przestały się mieścić w kieszeniach Miagiego i trzeba je było przepakować do skrzynki na narzędzia.

Po zdobyciu autografów udaliśmy się do dużej sali konferencyjnej czekać na ostatni oficjalny punkt programu, czyli panel – spotkanie z Davidem Prowsem. 250-osobowe audytorium zapełniło się w 200 procentach, aż organizatorzy zdecydowali się je zamknąć i dalszych chętnych przekierowali do mniejszych sal i na korytarze, gdzie można było oglądać transmisję za pośrednictwem ekranów.

Z lekkim opóźnieniem na salę wkroczył orszak Mrocznego Lorda (w cywilu). Aktora przywitano oklaskami na stojąco, jedynie Lord Sidious z poświęceniem donosił na Bastionie: „Wchodzi David Prowse, wszyscy wstali”.

"Wszyscy wstali..."

Prowse już na początku ustawił wszystko we właściwej perspektywie, ucząc nas tematycznej przyśpiewki do melodii rozpoczynającej Gwiezdne wojny. A przyśpiewka brzmiała tak:

Star Wars made me a fortune / Paid off the mortgage / Bought me a car

Panel rozpoczął się w atmosferze lekkiego chaosu tłumaczeniowego, jednak w miarę szybko został on opanowany i również młodsza lub nieuczona część widzów mogła śledzić pytania i odpowiedzi. Na dzień dobry jeden z widzów zadał aktorowi pytanie, które sprowadzało się grubsza do stwierdzenia: Sprawdziłem na IMDB, że grał Pan w tym roku w jakimś filmie. Nie pamiętam tytułu i w ogóle o co tam chodziło, ale proszę coś o tym powiedzieć. Prowse w końcu domyślił się, że chodzi o The Kindness of Strangers i rozwinął opowieść o tym, jak podejrzewano filmowców o kręcenie porn movie (co Miagi z pełną galanterią i powagą tłumaczył na film dla dorosłych) i jaki wpływ ujawnienie tej wieści mogłoby mieć na jego karierę. Dowiedzieliśmy się również, że za młodych lat Vader in spe próbował zostać Mister Universum, ale ostatecznie powiedziano mu, że nie ma na to zbyt wielkich szans z powodu… Nie, nie zbyt wysokiego wzrostu, ale – brzydkich stóp.

Prowse poskarżył się również, że w piątkowy wieczór wieziono go tu z Warszawy z prędkością przekraczającą wszelkie dopuszczalne normy (potem rozważaliśmy, czy może interpretował kilometry jako mile), a kierowca podczas jazdy rozmawiał przez komórkę i pisał SMSy, co aktor, jako osoba promująca swego czasu zasady bezpieczeństwa w ruchu drogowym, poczuł się w obowiązku publicznie napiętnować.

Padło oczywiście obowiązkowe pytanie o zabawne wydarzenia na planie, ale jakoś nic nie zostało przywołane. Darth Vader dowiedział się też, że zdarzyło mu się pokonać w pojedynku Dartha Maula i spontanicznie otrzymał stosowny komiks. Prezentów było zresztą więcej na zakonczenie – w tym gigantyczna butelka w gustownym pojemniku dostarczona przez braci Kuleszów, T-shirt Bydgoskiego Fanklubu oraz polo BotS.

Pogadanka Davida Prowse'a Prezent dla Prowse'a

Pytaniom i odpowiedziom nie było końca, spotkanie przedłużyło się z planowanej początkowo jednej godziny do dwóch. W końcu jednak trzeba było opuszczać budynek, co uczyniliśmy, po drodze zaglądając jeszcze do sal wystawowych, oberzeć w końcu na spokojnie modele Kuleszów (jak się dowiedzieliśmy, w powstawaniu X-winga miała udział cała rodzina, bo główny konstruktor w piątek musiał udać się do pracy, a myśliwcowi brakowało jeszcze silników oraz malowania). Według wstępnych informacji o konwencie, wieczorem miało być jeszcze wystawiane Sizarowe widowisko sceniczne, ale w międzyczasie wypadło z planu.

O 21 zaczęła się impreza pokonwentowa w pubie Kubryk, jednak dość wysoki poziom hałasu i przekraczające wszelkie normy stężenie dymu papierosowego wygoniły nas stamtąd dość szybko – chociaż nie wcześniej, niż obecnego tam Prowse’a. W międzyczasie na szczęście Gollob zdążył wygrać jakiś mecz, a mi udało się po kilku podejściach zamienić parę słów z Wedgem i Taraissu.

Epizod V: Grabowiec, dzień po.

Zdobycie wzgórza 628

W niedzielny poranek zapakowaliśmy się do A-winga i ruszyliśmy galaktyczną trasą S10 w kierunku Grabowca z jego ulicą Obi-Wana Kenobiego. Ulicę za pierwszym razem przestrzeliliśmy, gdyż poprzedniego dnia ktoś ukradł tablicę z nazwą. Podobno dzieje się to regularnie, ale tym razem timing był wyjątkowo słaby… Na szczęście ostała się tablica z numerem i nazwą ulicy na domu państwa Budkiewiczów, i to ona posłużyła za tło dużej ilości zdjęć grupowych (choć niektórzy dowcipnisie robili sobie też fotografie z kikutem po głównej tablicy przy skrzyżowaniu).

Na miejsce stopniowo docierały pojazdy prywatne i frachtowce z cateringiem, aż w końcu przybyły również autokary wiozące fanów en masse – w tym liczne przedstawicielstwo współorganizującego całą imprezę Bydgoskiego Fanklubu SW. Dotarł również David Prowse, złożył obowiązkowy podpis na ścianie (czy opłacony – o tym źródła milczą) i ustawił się do zdjęcia grupowego ze wszystkimi zebranymi.

Spotkanie u Kenobiego. W tle m.in. nasz A-wing. Ulica Obi-Wana Kenobiego Fani koczują Burn, baby, burn... Mroczny Jedi i kiełbaski

Tymczasem Rebelianci zdobyli Iwo Jimę, a pewna łowczyni nagród – mikrokota zwanego roboczo Grażyną, a obecnie – dr Korelią Antilles. Później rozpalono wysokiej mocy ognisko, na którym nieliczni śmiałkowie próbowali piec kiełbasy. Z początku do ognia nie dało się nawet ani na chwilę podejść na długość kija (zapłonął również trawnik, a płomień zaczął podchodzić pod zgromadzony w pobliżu skład opału, gasić się nie dało, bo nie było jak podejść…). Na szczęście z czasem konstrukcja uległa przepaleniu i co odważniejsi mogli podłożyć w pobliże swoje produkty żywnościowe i czym prędzej wycofać się na z góry upatrzone pozycje. Po uspokojeniu sytuacji rozpoczęła się biesiada przy stole z wiktuałami rozstawionym na Łączce Kenobiego.

Dla nas impreza powoli dobiegała końca. Dowiedzieliśmy się jeszcze, że planowanym następnym modelem braci Kuleszów ma być olbrzymia fregata typu Nebulon (jeśli to czytacie – czy plany dotarły?), pożegnaliśmy zgromadzonych i mniej więcej o czasie odjazdu pierwszego autobusu ruszyliśmy w drogę powrotną w kierunku Coruscant.

FalconMobil

Epizod VI: Podsumowanie

Druga edycja StarForce miała do pokonania wysoko postawioną poprzeczkę. Z poziomu standardowych „konwentów szkolnych” podniosło ją najpierw Dagobah 2007, udostępniając gościom sale teatralne, wychodząc z paradą na miasto, oraz – przede wszystkim – po raz pierwszy w historii ściągaąć do Polski najprawdziwszych aktorów z Gwiezdnych wojen. Kiedy dwa lata później uderzyło StarForce 2009, sprowadzenie aktorów nie było już tak wielkim zaskoczeniem. SF 2k9 było urządzone na skalę do tej pory u nas nie spotykaną – to pierwsza czysto starwarsowa impreza, której uczestników można było liczyć w tysiącach, a nie w setkach, i która została zaaranżowana tak, aby w pełni trafiać i do fandomowych wyjadaczy, i do „ludzi z zewnątrz”. Bardzo żałowałem, że dokładnie w dzień jej rozpoczęcia musiałem udać się w podróż do układu Endor

No i teraz SF 2010. Główny atut to oczywiście Darth Vader w roli Dave’a Prowse’a – coś takiego trudno będzie w najbliższym czasie przebić. Do tego świetna lokalizacja w centrum Bydgoszczy, porządne centrum konferencyjne, malownicza okolica i szereg wydarzeń towarzyszących, jak chociażby wspomniana laserowa strzelanina. Program prelekcji nie był zbyt napięty, dzięki czemu nie miałem problemu z brakiem daru bilokacji, a z drugiej strony mnogość atrakcji „dla mniej wtajemniczonych” sprawiała, że zawsze działo się coś ciekawego, na co można było popatrzeć. Zadbano też o zróżnicowane portfele przyjezdnych, proponując noclegi w szkole i akademiku oraz publikując (trochę późno co prawda) listę pobliskich hoteli.

Organizacyjnych wpadek nie było chyba wiele. Dużym problemem okazała się kwestia wejścia do budynku Opera Nova – dwugodzinna kolejka niejednego zniechęciła, a na dodatek nawet wśród „wtajemniczonych” nie było jasności co do kwestii, czy posiadaczom fanowskiej bransoletki przysługuje wstęp poza kolejnością, czy też nie. Kto miał przebranie – ten zdecydowanie wygrywał (chociaż za to nie mógł sobie spokojnie pogadać, bo ciągle ktoś chciał robić sobie z nim zdjęcie).

Oczywiście o wpuszczeniu wszystkich hurtem nie było mowy, bo we wnętrzach utrzymywał się i tak dość wysoki poziom gęstości tłumu. W sumie zostało to wyliczone na medal: było dość ciasno, ale nie uciążliwie ciasno. Być może dałoby się wpuścić więcej chętnych gdyby uruchomić inne pomieszczenia – poza centrum konferencyjnym w gmachu mieści się przecież sama opera…  ale to już duże przedsięwzięcie logistyczne. Tylu widzów chyba się jednak nie spodziewano. W budynku jest przecież chyba sala operowa, w której można by przeprowadzić spotkanie z Prowsem dla wszystkich chętnych?

Drugie niedopatrzenie to kwestia zabezpieczenia zbiorów prezentowanych przez fanów. Obiecane gabloty nie mogły pomieścić zbiorów bo były za małe i było ich za mało. Bizon z Guzesem zostali w ten sposób wmanewrowani w sytuację, w której albo mogli się z wycofać, wywołując tym gigantyczną aferę, albo narazić swoje prywatne, kompletowane nierzadko wielkim nakładem sił i środków zbiory na potencjalne zniszczenie bądź utratę. Następnym razem pewnie nie wystarczy im „solenne zapewnienie” o przygotowanej infrastrukturze wystawowej…

Parada. Ze względu na dużą ilość widzów i wiążący się z tym zamęt zrobiła na mnie dużo mniejsze wrażenie, niż gorzowski przemarsz w 2007 roku.  Były nowe stroje, sztandary itp. , „przebierańców” było chyba dużo więcej, niż wtedy… Ale jakoś wszyscy ginęli w tłumie. Może dało się to lepiej przygotować, może nie – może trzeba by było barierek i sprzętu do kontroli tłumu…

Epilog: Podsumowanie podsumowania

Podsumowując: minusów kilka było, ale absolutnie nie przesłoniły dużo większych plusów. Vader, miejsce, czas, bardzo dobra organizacja, multum wydarzeń dla małych i dużych, fanów zajadłych i okazjonalnych. Na plan awaryjny – zwiedzanie Pomorskiego Muzeum Wojskowego w Bydgoszczy – w ogóle nie starczyło czasu.

Wszystko to – dzięki ludziom. Tym, którzy przyjechali, ale przede wszystkim – organizatorom. Rifowi, który niemal nie miał czasu zapoznać się z własnym dziełem, a mimo to odpowiadał na SMSy i koordynował, koordynował, koordynował… Miagiemu, eskortującemu Prowse’a. Całej ekipie z BFSW. Wspomnianym już kilkakrotnie „wystawcom”. Wypompowanemu pod koniec dnia Falconowi dociążonemu zbroją scout troopera. Prelegentom. Prowadzącym gry i zabawy. Państwu Budkiewiczom. A to tylko ci, których akurat wypatrzyłem…

Rif i komiks Bizona z autografem Vadera Dom Budkiewiczów

Moim zdaniem – konwent udany. Zdaniem Pani Admirałowej – również. A więc – gratulacje i dzięki za świetny weekend.

To gdzie następna edycja?

Reklamy

Komentarze 2 to “StarForce 2010”

  1. Dzięki za fajną relację. Super się czyta ten tekst :).

    Tknęło mnie tylko by skomentować jeden z naszych minusów – Centrum Kongresowe i Opera Nova to niestety 2 oddzielne firmy w jednym budynku. By wynająć całą Operę musielibyśmy załatwiać wszystko dużo wcześniej (zaplanowane przedstawienia, próby ze sporym wyprzedzeniem) jak i dysponować większym budżetem.

    W każdym razie za rok będziemy starać się znowu wszystkich zaskoczyć :].

  2. […] o możliwość sortowania statków według wybranych parametrów. Wrzesień z kolei przyniósł Star Force, Black Ice oraz… coś […]

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Google+

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj / Zmień )

Connecting to %s

%d blogerów lubi to: