Luke Skywalker and the Shadows of Mindor, czyli 200 procent starwarsów w starwarsach

O książce tej krążyły różne opinie. Jedni zrównali ją z ziemią, inni reagowali entuzjastyczne. W końcu i do mnie, z dość dużym opóźnieniem, dotarł Luke Skywalker i cienie Mindora*. No i wsiąkłem. A potem zacząłem chichotać.

Powieść w swojej zasadniczej części zawiera wszystko, czego nauczyliśmy się spodziewać po Gwiezdnych wojnach przez ostatnie dwie czy nawet trzy dekady. Są nowe i niesamowite superbronie, jest walka z hordami nieprzyjacielskich myśliwców i niszczenie ich na pęczki, jest Han Solo jako rewolwerowiec (czy raczej blasterowiec)… Pojawia się kolejne śmiertelne zagrożenie dla Nowej Republiki wymyślone trochę bez sensu (baza i siły Shadowspawna w ogóle nie potrzebują logistyki, mają za to setki TIE Defenderów), są oczywiście Mandalorianie i Eskadra Łotrów, jest ruszanie przez bohaterów z pomocą innym bohaterom, a wszystko utrzymane w niezrównanej poetyce Marvelowsko-Andersonowskiej i zrealizowane zgodnie z głównym mottem Lucasa: Szybciej i bardziej intensywnie.

Są nawet tak kochane przez wszystkich fanów wpadki merytoryczne Czytaj dalej „Luke Skywalker and the Shadows of Mindor, czyli 200 procent starwarsów w starwarsach”

Reklamy

Mandalnowela travissańska, czyli Imperial Commando: 501st

Myślałem, że kupuję książkę o komandosach. Tymczasem świat się zmienił i 501st „koncentruje się na postaciach”, co znaczy, że w książce akcji bojowych jest w sumie dwie (no, może dwie i pół), a poziom rozbudowania każdej z nich jest minimalny. Większość objętości pierwszych Komandosów Imperium zajmują tradycyjne już rozważania o uroku mandaloriańskiego stylu życia, tożsamości i przynależności (głębię rozważań uzyskuje się przez kilkukrotne ich powtarzanie) i momentami zaczynałem się bać, że pod koniec sam Palpatine dowie się o wesołej gromadce Skiraty, zatęskni za braterstwem broni i przyłączy się do naszych bohaterów. A dziadek-najemnik zacznie nazywać go Palp’ika.

Poza tym Darman ma rozterki, następuje dalsze kojarzenie się par, a spod kamieni i zza krzaków wyłażą kolejne postacie i frakcje w rodzaju doklejonej na siłę mandaloriańskiej Straży Śmierci. Jakby dla równowagi nie występuje natomiast tytułowy 501 Legion, bo komandosi mają z nim wspólną jedynie nazwę.

Fabuła jest dość przewidywalna i jak zwykle farma i hodowla królików w Montanie to dla bohatera wyrok śmierci. Na dodatek nie pojawiają się na dłużej żadne fajne statki kosmiczne…

Rozczarowany-m.

Kronika zapowiedzianej śmierci. Gwiazdy Śmierci.

Bum!

Tego, że książka kończy się zniszczeniem Gwiazdy Śmierci przez Rebeliantów, nie spodziewał się chyba nikt poza tą garścią fanów, którym przytrafiło się obejrzeć Epizod IV. I choć mieliśmy już starwarsową adaptację Jądra ciemności (czy raczej Czasu Apokalipsy?), to autorzy nie wykazali się nadmiarem ambicji i nie zrobili z Death Stara kopii jednej z najciekawszych pod względem formy książek literatury współczesnej. Zamiast tego dostaliśmy klasyczną narrację z poutykanymi tu i ówdzie mrugnięciami w kierunku znającego „przyszłość” czytelnika – a aluzje te przejawiają się głównie w formie przemyśleń i rozważań głównych bohaterów na temat niezniszczalności Gwiazdy.

Konstrukcja Death Stara przypomina rozwiązania stosowane kilka lat temu w antologiach z serii Opowieści z… Całość rozpięta jest na kilku(nastu) scenach z filmu, które stanowią przerywniki, punkty zawiązania czy zbiegu akcji. Tyle, że tu mamy do czynienia nie z serią opowiadań, a z jednolitym przebiegiem narracji, choć obarczonym klasyczną wielowątkowością.

Postacie czasami zostają wpisane w historię w sposób dość karkołomny, jednak daleko autorom do „kunsztu” i kreatywności, jakie wykazał Kevin J. Anderson w opowieści o IG-88 i jego przygodach z drugą Gwiazdą Śmierci. Można oczywiście narzekać na nieprawdopodobieństwo zbiegów okoliczności; na to, że dane postacie znalazły się akurat w danych miejscach w określonych momentach, ale na to jest prosta odpowiedź: to książka właśnie o tych konkretnych osobach, a nie o tych, które się tam nie znalazły… Czytaj dalej „Kronika zapowiedzianej śmierci. Gwiazdy Śmierci.”

„Świat finansjery”, Terry Pratchett, tłum. PWC

Dzięki Światowi finansjery nasz cykl wydawniczy w zasadzie doścignął już produkującego książki w taśmowym tempie Pratchetta. Tym razem mowa jest o bankach, kryzysie finansowym i sprzężeniu zwrotnym między doskonałym modelem a rzeczywistością. Do kompletu kolejne ogarnięte obsesją czarne charaktery oraz niestety coraz częściej wychodzący z cienia i tracący przez to na tajemniczości Patrycjusz. Pojawiają się znowu golemy, z którymi nie ma niestety takiej zabawy jak z trollami, debiutuje też klub miłośników Kichania Ekstremalnego.

No to teraz jeszcze futbol, a potem już wspólnie czekamy na poborcę podatkowego…

 

W sumie przyzwoita rozrywka na 24 godziny.

Gringo wśród dzikich plemion, W. Cejrowski

gringo_duzaWiększość wypowiedzi na temat twórczości pisanej, filmowej czy około-muzycznej Wojciecha Cejrowskiego zaczyna się z reguły disclaimerem w rodzaju „To człowiek o bardzo kontrowersyjnych poglądach, ale…”, „Nie popieram postawy Cejrowskiego, ale…” lub dla odmiany „Każdy wie, że to porządny i prawy człowiek. Na dodatek…” Tu czegoś takiego nie będzie :)

Cejrowskiego-podróżnika poznałem stosunkowo niedawno – w gazetce pokładowej LOTu, gdzie w jednostronicowym felietonie opowiadał, jak to z braku wizy udało mu się przekroczyć granicę Hondurasu na… książeczkę ubezpieczeniową. Czytaj dalej „Gringo wśród dzikich plemion, W. Cejrowski”

„Opowiadania fantastyczne”, H. G. Wells

Dobrze czyta się jednego z prekursorów science-fiction wiek po powstaniu jego utworów.  Niektóre wizje przyszłości w miarę się sprawdziły, inne zupełnie nie… Ciekawym przeżyciem jest wczuć się w wiek, kiedy ludzką wyobraźnię pobudzały pierwsze próby skonstruowania maszyny latającej cięższej od powietrza, badanie głębin oceanicznych czy ostatnie poważne odkrycia geograficzne.

Wells podejmuje też wiecznie aktualne tematy moralności w nauce i odpowiedzialności za własne działanie. Przez pryzmat fantastyki można przyjrzeć się postawom i podejściu do nauki i rzeczywistości u ludzi sprzed stu lat… Sporo zdążyło się przez ten czas zmienić, ale duch pionierów i arystokratycznej turystyki eksploracyjnej jeszcze chyba nie zaginął, o czym świadczą przygody Fosseta czy Rutana.

W dwóch tomach „Opowiadań fantastycznych” znalazł się taki klasyk jak „Niewidzialny człowiek”, ale jest też wiele historii bardzo mało znanych. W ogólnym wydźwięku nie są one świetlanie optymistyczne, ale jednak dają nadzieję na to, że ludzie będą w stanie dochodzić do ładu sami z sobą i z otaczającą ich rzeczywistością oraz „postępem”. Wizja przyszłości u Wellsa jest zdecydowanie realistyczna, nie utopijna. Trochę jak w Gwiezdnych wojnach, tylko z nich w międzyczasie uszedł już gdzieś duch pionierstwa…

Coruscant Nights III: Patterns of Force

Patterns_of_Force
Coruscant Nights III: Patterns of Force

I to już koniec tej opowieści, której najbardziej interesujące elementy rozgrywały się poza kadrem…

W poprzednim tomie dla zmyłki (a może dla uspokojenia widzów rozczarowanych odcinkiem numer jeden) częścią fabuły była zagadka kryminalna, tu natomiast znowu nie ma porządnego zlecenia dla naszego Jedi-Marlowe’a. Musi on za to trochę przejrzeć na oczy w kwestii swojego własnego wnętrza i relacji z innymi istotami humanoidalnymi (bo trudno mówić o ludziach…), w szczególności z tymi należącymi do płci odmiennej. Dodatkowo znowu dosięga go karząca pięść Lorda Vadera (nas to nie zaskakuje, w końcu tylko o tym jak widać warto pisać), który w międzyczasie wyszkolił już całkiem sporą gromadkę Inkwizytorów traktujących Coruscant jako swój prywatny folwark.

Trochę biegania, trochę myślenia, dylematy moralne, w tle cały czas bota przywieziona z Chirurgów polowych. Pewne sprawy się wyjaśnią, inne nie do końca… Pavan w końcu dojdzie do tego, co czytelnicy niestety wiedzą od czasów Imperium kontratakuje. Zakończenie… a nie, tego nie będę zdradzał :)

Książka trzyma poziom, demonstrując te same zalety i te same rozczarowania co dwie poprzednie. Czekam teraz na historie umieszczone pomiędzy poszczególnymi tomami Ulic Nocy Coruscant, które w końcu wypełnią gotowy szkielet prawdziwą historią detektywistyczną. Pewnie się nie doczekam, więc dla mnie najlepszym momentem cyklu o Pavanie pozostanie to, że w drugim tomie zabójcą okazał się kamerdyner.